|
Relacja lekarza stomatologa
Bartosza Niedziółki
Na początku był nieśmiały
pomysł. Rozmowy z żoną, plany. Następnie rozmowy z Joanną
Nieciecką i Anną Szymoszyn z Fundacji Nyatri. Później
poznałem Natalię Bieniaszewską, też z Fundacji, która okazała
się świetną organizatorką. Osobą niezłomną w załatwianiu mnóstwa
spraw, pisaniu, telefonowaniu, wysyłaniu itd.
Zatem bardzo szybko sprawy
zaczęły posuwać się naprzód.
Nazwa akcji, opis na stronie
Fundacji i mojej, lista potencjalnych sponsorów, setki telefonów,
pism, próśb, teksty do gazet, Radio Merkury, Nowy Gabinet Stomatologiczny
i DENTOnet jako patroni medialni, raz drobiazg w TVP – kolejne etapy
mijały, a my z przerażeniem patrzyliśmy, jak mija czas, a nam wciąż
brakuje pieniędzy na zakup wszystkich niezbędnych materiałów.
Jednak Rodzice Serca nie zawiedli.
To oni, jako pierwsi, zaczęli wpłacać drobne kwoty na rzecz
akcji. Potem przyłączyła się Inicjatywa „Trójmiasto dla
Tybetu”, która przekazała nam dochód z koncertu charytatywnego
w Gdyni. Następnie wspomogli nas fryzjerzy z warszawskiego salonu Paula&Alexandro.
Do pomocy zgłosił się mój kolega, lekarz dentysta Jacek Pawłowski,
i zadeklarował chęć wyjazdu. Byłem szczęśliwy.
Później akcja rozkręciła
się na całego – wpłacali Darczyńcy z kraju i z zagranicy,
małe i większe firmy, przyjaciele praktykujący Jungdrung Bon, a ci,
którzy nie mogli nas wesprzeć finansowo, wspierali rzeczowo i duchowo.
http://nyatri.org/content/view/804/123/lang,pl/ oraz http://nyatri.org/component/option,com_weblinks/catid,68/Itemid,70/lang,en/
Rozwijaliśmy skrzydła.
Bilety zostały zakupione,
wizy wyrobione, szczepienia ochronne zrobione w zalecanym terminie.
Wyruszyliśmy: Poznań
– Warszawa (pociąg), Warszawa – Helsinki (samolot), Helsinki
– Delhi (samolot), Delhi – Solan (autobus De Lux ;-)),
Solan – Dolanji (taxi).
O wrażeniach z drogi, i nie
tylko, opowiem pewnie wkrótce.
Tymczasem skupię się
na stomatologii i, co najważniejsze, na dzieciach.
Pierwszym wielkim zaskoczeniem
okazał się gabinet, w którym mieliśmy pracować.
Poza tym, że z sufitu spadała
farba, panował spory bałagan i było brudno, to właściwie warunki
do pracy były bardzo dobre. Na początku powyrzucaliśmy wszystkie
przeterminowane leki i materiały. Później poukładaliśmy to wszystko,
co było na miejscu, i wreszcie rozpakowaliśmy nasze cuda: unit przenośny,
skaler, plomby, płukanki, pasty, nitki dentystyczne, rękawiczki, materiały
dydaktyczne i setki drobnych, choć ważnych przedmiocików.
Dzieci, na naszą prośbę,
wykonały rysunki, które powiesiliśmy na ścianach, co znacznie umiliło
wnętrze. Poprosiliśmy także Sharipa i Tsewanga, żeby napisali po
tybetańsku „Welcome to the dental paradise”, i powiesiliśmy ten uroczy napis
na drzwiach.
Już tego samego dnia
zaczęli przybywać pierwsi pacjenci z klasztoru Menri.
Nazajutrz ruszyliśmy pełną
parą i pracowaliśmy od rana do wieczora, z przerwą na obiad.
Przyjęliśmy 70 osób. Byli to głównie mali mnisi oraz ludzie z okolicznych
wiosek. W BCH udało się wszystko dogadać i zorganizować kolejność
przychodzenia dzieci. Zaczęliśmy od najmłodszych i tak po kolei,
klasami, aż po najstarsze. Wielkim wsparciem była dla nas Karma Dolma
z BCH, która doskonale sterowała ruchem w gabinecie, wpisywała często
do kart to, czego nie zrozumieliśmy, pilnowała porządku w poczekalni
i w gabinecie. Szczerze mówiąc, z porządkiem nie było najmniejszego
problemu. Dzieciaki są po prostu świetne, grzeczne, miłe, otwarte
i bardzo, ale to bardzo wytrzymałe.
Po kilku dniach udało nam
się opanować podstawowe zwroty (fonetycznie):
Ka Dang – otwórz buzię
Ka Tsum – zamknij buzię
Lokaczery – ile masz
lat
Siegomare – nie martw
się
Ma siuk – usiądź
Ma juk – wypluj
Par – zdjęcie
I oczywiście przewspaniałe
Tashi Delek – pozdrowienie, które jest z pewnością najczęściej
słyszanym wyrażeniem w Dolanji. Wspaniałe!
Proszę, wyobraźcie sobie
maluchy składające w geście powitalnym rączki i mówiące Tashi
Delek! Dla mnie – poezja.
Z biegiem czasu system przyjmowania
pacjentów, sprzątania, wpisywania do dokumentacji, sterylizacji itd.
opanowaliśmy, śmiem twierdzić, do perfekcji.
Oczywiście bez Karmy Dolmy,
Youngdrung Wosera, Tsewanga i Sharipa byśmy zginęli, ale…
Udało się!
Przyjęliśmy 481 pacjentów.
Niektórzy przychodzili więcej niż
raz, więc w sumie było to 568 wizyt.
Mieliśmy niewiele czasu (4
tygodnie), ale biorąc pod uwagę wytrzymałość i posłuszeństwo
pacjentów, przyzwoity sprzęt oraz, generalnie rzecz ujmując, nie
taki zły stan jam ustnych, jakiego się spodziewałem, udało nam się
zrobić badanie dentystyczne wszystkim dzieciom. Ponadto wykonaliśmy
oczyszczanie złogów nazębnych (kamień, osad), lakowanie bruzd zębów
trzonowych stałych, impregnację ubytków w zębach mlecznych, plombowanie
ubytków glasjonomerami oraz kompozytami, ekstrakcje zębów nienadających
się do leczenia, a także zębów ewidentnie nieprawidłowo położonych
u wszystkich dzieci z BCH
oraz u większości małych mieszkańców
BCWC (klasztor). Przyjęliśmy również wielu pacjentów z okolicznych
wsi, a nawet 3 osoby z miasta Solan.
Głównym problemem był
kamień nazębny, zła higiena jamy ustnej oraz ubytki. Mimo to
większość dzieci miała nie więcej niż jeden ubytek. Sporadycznie
pojawiały się osoby z kilkoma „dziurami”. Dość częste są wady
zgryzu, głównie stłoczenia oraz braki zawiązków zębów stałych.
Generalnie jednak uśmiech dzieci wygląda całkiem ładnie.
Przy okazji zauważyliśmy dość częste problemy z bakteryjnym i grzybiczym
zapaleniem skóry, dodatkowo katar oraz kaszel, czasem niedosłuch.
Dzieci są bardzo wytrzymałe
na ból. Stosowaliśmy znieczulenia, ale głównie do ekstrakcji. Nawet
najgłębsze ubytki udawało się opracować i leczyć „na żywca”.
Nawet jeśli dziecko odczuwało ból, to świetnie sobie z nim radziło.
Niezwykle rzadko zdarzało się, że ktoś się bał lub popłakiwał.
Maluchy obdarzyły nas wielkim zaufaniem i były bardzo otwarte. Zawsze
życzyłbym sobie takich pacjentów w Polsce. (Tutaj pozdrawiam moich
pacjentów)
Atmosfera na miejscu była
bardzo gościnna, wręcz serdeczna, i to zarówno ze strony osób z
BCH, jak i z klasztoru oraz „naszego” Bon Healthcare Centre, któremu
szefował Paljor. Początkowa nieśmiałość szybko zmieniła się
w otwartość i serdeczność.
To także zasługa Joanny Niecieckiej,
Ani Szymoszyn oraz Krzysztofa Kędzierskiego. W pierwszym tygodniu,
kiedy nie pracowaliśmy w gabinecie, dzięki Ani i Joannie poznaliśmy
cudownego Kelsanga Dhondupa z BCH, samego guru – Jego Świątobliwość
Opata Klasztoru Menri, oraz kilka innych ważnych osobistości. Wszędzie
przyjmowano nas z wielką serdecznością i dobrą herbatą.
Najprzyjemniejszy był
jednak, oczywiście, kontakt z dziećmi.
To niezwykle ciepłe, wesołe
i sympatyczne istoty. Czy mieliśmy do czynienia z pięciolatkami, czy
z osiemnastolatkami, zawsze szybko znajdowaliśmy wspólny język, i
to nie tylko angielski.
Oczywiście problem komunikacyjny
często się pojawia. Znajomość angielskiego u poszczególnych dzieci
jest bardzo różna, ale jeśli się chce i kiedy dzieci są w grupce
(a właściwie zawsze są), to można się z powodzeniem porozumieć,
i to na całkiem różne tematy.
Dzieci, jak to dzieci, potrzebują
obecności dorosłych, rozmowy, kontaktu, czułości. Pewnie dlatego
tak często brały nas za rękę lub najzwyczajniej były z nami. Rysowały
dla nas, śpiewały, tańczyły albo po prostu się wygłupiały. Było
naprawdę wesoło.
Raz wybraliśmy się na
piknik nad rzekę, innym razem – nad wodospadzik.
Raz zamówiliśmy z Jackiem
60 pierożków „momo”, jednak pani we wsi się pomyliła
i zrobiła 360! Cóż, taki jest mój tybetański... Co robić, wzięliśmy
wszystkie ze sobą. Chłopcy nieśli wielkie siaty na głowach, a dziewczynki
– w rękach. Nad rzeką, kiedy już tam dotarliśmy, okazało się,
że wystarczyło 15 minut, by cały zapas pierożków został zjedzony.
Takie apetyty mają dzieciaki! Ja sam myślałem, że nie dojdę z powrotem
do BCH – brzuch mnie bolał z przejedzenia i ze śmiechu. Skakaliśmy
po kamieniach, oglądaliśmy rybki, nawet wykąpałem się z „tigerami”
(tak nazywali siebie chłopcy) w rzece, ale woda była tak zimna, że
kąpiel nie trwała długo. Jacek też wydawał się nieźle bawić,
choć mimo młodszego wieku, jest chyba poważniejszy ode mnie.
Na takich wycieczkach byliśmy
opiekunami dzieci, to oczywiste, ale one także opiekowały się nami.
Wybierały zawsze najkrótszą drogę (nie zawsze najprostszą), pomagały
nam nieść torby lub plecaczki, rozweselały.
Mogę je chwalić, chwalić
i tylko chwalić – bez końca.
A do tego są dzielne
i twarde. Byle skaleczonkiem czy katarem się nie przejmują. My przy
nich byliśmy lekomanami i hipochondrykami.
Czas spędzony z nimi na piknikach,
na wycieczce do Shimli, którą zrobiliśmy z Joanną i Krzychem,
odwiedziny w BCH i u nas czy ich wręcz aktorskie przedrzeźnianie nas
po „godzinie higieny”, którą zorganizowaliśmy w BCH, to chwile
wielkiej radości i ciepła, które z pewnością na zawsze pozostaną
w naszej pamięci i sercach.
Mam nadzieję, że zdjęcia,
które pojawią się wkrótce w galerii Fundacji, choć troszkę
przybliżą Wam wszystkim dzieci, BCH, Dolanji i cały niesamowity klimat
tego miejsca…
Pozdrawiam serdecznie
Bartek Niedziółka
www.doktorbart.pl
|